Nachodzi mnie czasami po dłuższym dniu pracy. Nachodzi mnie – nie wiem jak to nazwać – wdzięczność? Nie potrafię inaczej opisać tego uczucia więc niechaj będzie to wdzięczność. Otóż wdzięczny jestem za możliwość powrotu do domu, klepnięcia tyłkiem przy stole, wrąbania czegoś pysznego i odtrucia się po dniu ciężkiej walki.
Jestem wdzięczny za rodzinę po prostu.
Serio, to niewiarygodne dla kogoś, kto rodziny nie ma, jak bardzo odstresowujące jest choć krótkie przekonarzanie się z dzieckiem. Uwielbiam też czasem po prostu pogadać o robocie z Dorophą, wylać nieco żółci, posłuchać co tam w żoniniej robocie się dzieje… Ot zwykłe życie ale jakże balsamicznie działające na skołatane nerwy.
Jest tylko jeden problem – ni cholery nie rozumiem słowa z tego ubezpieczeniowego żargonu dorophowej pracy :).

Rodzina też się cieszy, że w niej jesteś:)