Łapię się czasami na tym, że potrafię siedzieć w tramwaju w drodze do/z pracy, trzymać rozłożoną gazetę i wodzić po niej oczami nie czytając ani słowa. To jakiś szczególny stan katatonii czy innego otępienia, w które nic lepiej nie wprowadza niż codzienność zwana też rutyną.
Siedzę z rozportartą gazetą będącą przy okazji ścianą oddzielającą mnie od współpodróżnych i udaję, że istnieję. Problem w tym, że w tej konkretnej chwili, właśnie za tą ścianą, praktycznie rzecz biorąc mnie nie ma. Jestem martwy. Nie istnieję. Żaden neuron mojego mózgu nie funkcjonuje na rzecz świadomości. Mięso działa, świadomość już nie bardzo.
Dziwny stan.

To się nazywa starość ;)